Kilka lat później...

 Jestem już trochę starsza, jakieś kilka lat, chyba 6. To co uważałam za swoje największe problemy w wieku dorastania nabrało niższej wartości. Już rozumiem mamę po latach jak mówiła, że świat się nie kończy na chłopaku z 6c, który słodko się uśmiechał. Z drugiej strony widzę, że wtedy to był mój największy problem i to było okej. Z wiekiem mamy bardziej dojrzałe problemy, ale to nie umniejsza tych które czuliśmy będąc małymi dziećmi. To co odczuwam teraz przytłacza mnie mniej niż to co czułam wtedy, mimo że problemy tego wieku mogą się skończyć brakiem stałego dochodu i utratą kontroli nad swoim życiem. I to też jest okej. Kształtujemy swój charakter od najmłodszych lat. Byłam przysłowiową pizdą, z wiekiem miało mi to przejść, ale ja to  chyba ukształtowałam w sobie tylko wyższy level tego określenia. Chciałabym uciec od swoich problemów, zamiast je rozwiązywać uciekam do kłamstw, sztucznego wymuszonego uśmiechu i kolejnego związku. Znajomi mówią, że nie powinnam tak przeskakiwać z relacji na relację, ale co jeżeli tylko wtedy czuję się dobrze, będąc z kimś. Nie są oczywiście to przypadkowe osoby. Z każdą wiązały mnie cudowne chwile, ale i te gorsze. Typowo związkowo. Jestem teraz z niesamowicie kochaną osobą, nie zasługuję na niego. Fakt jak wielu partnerów miałam przed nim powinno dać mu do zrozumienia, że to ze mną jest coś nie tak. Jednak on dalej ma mnie za kogoś wartościowego. Miła odmiana, zwykle ludzie mają mnie za totalny toxic. Odrywa mnie od codziennych problemów, ale ja lubię czuć przytłoczenie, dlatego czasami uciekam od niego żeby pobyć sama, poznęcać się nad swoją głową, pomyśleć o najgorszych chwilach w swoim życiu i przyznawać sobie, że na to właśnie zasługiwałam, nie na jego dobroć. Czasami myślę o byłych, dosyć intensywnie, potrafię przeglądać wspomnienia na snapchacie, żeby przypomnieć sobie czemu nie jesteśmy razem, za każdym razem znajduję swoją winę i jest mi wstyd. Moi rodzice już chyba widzą mój brak szacunku do siebie. Przestali pytać, po prostu idą z nurtem moich zmian i się do tego dostosowują, czy to źle? Mają o mnie złe zdanie, najpewniej dla nich skończę jako stara panna albo ta ciotka to zawsze przyprowadza kogoś innego na każdą rodzinną stypę czy ślub. Nie potrafię już planować przyszłości z drugą osobą, przeraża mnie to. Obmyślam wszystkie za i przeciw mojego żywota z daną osobą, przynoszę pecha, nie mogę nikomu na zawsze zabronić mieć szczęścia. Jak pomyślicie o szczęściu które dostajecie od losu to ja jestem przeciwieństwem. Oczywiście na początku wydaję się idealna, taką siebie tworzę, dla każdej osoby się dostosuję przez pierwszy miesiąc, potem jestem tak tym zmęczona, że robię się wredna, opryskliwa, nieznośna. Tak często zmieniałam to kim jestem, że nie wiem sama jaka jestem. Bardzo chciałabym to wiedzieć....

Komentarze